Dlaczego nie piszecie szczerze o książkach?!

Dziś chciałam poruszyć temat, który tlił się we mnie od dłuższego czasu. Tlił się, tlił, rozniecał, aż w końcu musiał wybuchnąć. Muszę to porostu z siebie wyrzucić. Bo mam już tego dosyć!

Kupując książki, często sugeruję się opiniami, które poznałam na innych blogach. Zwłaszcza jeśli książka jest nowością i nie czytał jej jeszcze nikt z moich znajomych. To dość naturalne, bo skoro sama piszę o literaturze, to także liczę się ze zdaniem innych blogerów. Podsuwają mi oni często takie tytuły, po które zapewne, wchodząc do księgarni, nawet bym nie sięgnęła.

Wygląda to mniej więcej tak: wchodzę na bloga -> czytam opinie -> zaglądam na innego bloga -> czytam opinie -> zachęcona opiniami kupuję książkę. Ponieważ często są to nowości, zdarza mi się za nie płacić cenę okładkową, która potrafi dochodzić do 40 zł.

Otwieram takie cudo, na które blogerzy narobili mi ochotę, a tam… literówki, błędy stylistyczne, fabuła miałka, bohaterowie do kitu i w ogóle nie wiadomo, co autor miał na myśli, pisząc taką powieść.

Skąd wynika pozytywna opinia o książce, która jest, delikatnie mówiąc, słaba? Wielu blogerów (w tym także ja) współpracuje z wydawnictwami lub autorami, od których dostają tytuły do recenzji. Problem w tym, że część z nich, niestety również tych bardzo popularnych, boi się wyrazić swoją negatywną opinię, w obawie, że ta współpraca zostanie zerwana. A nic bardziej mylnego! Zarówno przedstawiciele wydawnictw, jak i autorzy cenią sobie krytyczne oceny. Oczywiście nie można napisać, że książka była głupia, a bohaterowie źli (albo na odwrót) bez podawania argumentów, ale jeśli jasno przedstawi się swoje odczucia i racje, to nikt przecież się nie obrazi.

Gusta są różne i rozumiem, że to, co mnie się nie podoba, może zachwycać innych, ale jeśli bloger pomija informacje, że książka zawiera błędy merytoryczne, ortograficzne, interpunkcyjne oraz stylistyczne, to albo nie przeczytał książki, albo bezczelnie zataja prawdę.

Najczęściej wypatruję recenzji książek na Facebooku, pozapisywana jestem do wielu grup, mam też polubione FanPage różnych blogerów i vlogerów. Widzę okładkę książki, którą już czytałam, albo przymierzam się do jej kupna. Klikam i… dostaję opis, który jest częściowo żywcem spisany z okładki i do tego otrzymuję dwa zdania napisane, jak od szablonu: „Szalona akacja, wyraziści bohaterowie. Czyta się szybko, nie mogłam się oderwać, polecam”. Owszem, też zdarza mi się używać utartych sformułowań, bo przy pisaniu około 100 recenzji rocznie ciężko jest ich uniknąć, ale zawsze piszę o przemyśleniach i wnioskach po lekturze, które są zawarte w znacznie większej ilości zdań.

I tutaj pojawia się moje pytanie do niektórych blogerów książkowych: Po co pisać sztuczne opinie, które nie odzwierciedlają waszych odczuć i emocji? Czy zawsze czytacie książki, które opisujecie? Czy szanujecie czytelników swojego bloga i ich portfele, czy liczą się tylko dla Was egzemplarze recenzenckie, za które nie musicie płacić? Czy nieuzasadniony strach przed reakcją wydawnictwa jest aż tak silny? Na te pytania musicie, w głębi duszy, odpowiedzieć sobie sami.

Napiszcie w komentarzach co Was drażni w opiniach blogerów książkowych.