Purezento – Joanna Bator

Kintsugi to japońska sztuka naprawy potłuczonych naczyń ceramicznych. Polega ona na łączeniu rozbitych elementów spoiwem, podobnym do kleju z domieszką złota. Dzięki tej umiejętności możliwe jest odtworzenie stłuczonego przedmiotu, który ma charakterystyczne złote blizny. Jest to trudna i pracochłonna metoda, ale dzięki niej to, co pozornie uległo całkowitemu zniszczeniu, może zostać odzyskane. A gdyby taki sam zabieg można by było wykonać na naszym życiu? Gdyby można było posklejać i naprawić wszystkie złe momenty? Wprawdzie blizny by pozostały, ale to, co uległo degradacji, odzyskałoby swój właściwy kształt.

Rekiny ludojady dopadały ją wtedy, gdy wspominała przeszłość. A miała co wspominać. Śmierć chłopaka, samotnie spędzone wieczory, nadgorliwie wrzucane zdjęcia na Facebooku, by udowodnić sobie, że wszystko jest w porządku, informacja o jego zdradzie, odejście ojca, niezrozumienie przez matkę, samobójcza śmierć przyjaciółki, na której list nie odpowiedziała w porę, depresja. Mimo przepłakanych nocy zmuszała się, żeby rano wstawać do pracy, ale czasami jej to nie wychodziło, aż w końcu ją zwolnili. Musiała znaleźć inną. Jako nauczycielka polskiego poznała Japonkę – Panią Myoko. Nagła propozycja wyjazdu do Tokio zaskoczyła ją, ale nie odmówiła. Podjęła wyzwanie, by uporządkować swoje życie. Posklejać rozbite skorupy.

„Z pogrzebu mojego chłopaka najwyraźniej zapamiętałam kreskę. Stałam tam, nienależąca do rodziny, ale i nieobca, i patrzyłam na kreskę. Oddzielała daty narodzin i śmierci mężczyzny, z którym spędziłam pięć lat. Oprócz nich na kresce mieściło się dwadzieścia siedem lat, które spędził beze mnie. Całe życie na małej kresce. Zginął śmiercią tragiczną, tak napisano. W jego wieku każda śmierć byłaby tragiczna. W wieku i w sytuacji, bo przecież znalazłam dowody na to, że z pięciu lat przeżytych ze mną ostatni rok mój chłopak spędził z kimś jeszcze”*.

W życiu człowieka zdarzają się takie chwile, że rzuciłby wszystko i wyjechałby na koniec świata. Gdyby tylko przydarzyła się taka okazja, jedna na milion. Bohaterkę „Purezento” – najnowszej powieści Joanny Bator – spotykają wszystkie możliwe nieszczęścia – żałoba po bliskiej osobie, niezrozumienie ze strony rodziny, zdrada, depresja. W obliczu nieoczekiwanej propozycji wyjazdu nie potrafi odmówić i wyrusza w podróż, nie tylko w sensie geograficznym, ale również filozoficznym, w głąb samej siebie.

Na okładce książki napisano „Wielkie zaskoczenie w duchu zen! Purezento to powieść tajemnicza i na wskroś japońska”. Niestety nie poczułam w niej ani tajemnicy, ani japońskości. Bezimienna główna bohaterka, opłakuje swojego bezimiennego chłopaka i godzi się wyjechać do Japonii, by opiekować się kotem swojej uczennicy języka polskiego. Jej wynagrodzeniem jest bilet, mieszkanie i koszty wyżywienia… kota. Już na tym etapie zaczynają się rodzić pytania. Dlaczego Pani Myoko nie miała innych znajomych, dlaczego musiała ściągać dziewczynę z polski? Dlaczego ona zgodziła się bez chwili zastanowienia, nie mając zapewnionej tam pracy, ani pieniędzy? Pomysł aż nadto absurdalny.

Autorka w ogóle nie skupiła się na emocjach i rozterkach bohaterki, dotyczących wyjazdu, a to chyba byłoby naturalne przy tak dalekiej podróży; ponadto nie ma opisanego samego wyjazdu; Tokio jest przedstawione pobieżnie i bez klimatu, a postaci w większości są bezimienne i ukazane bardzo ogólnikowo.

Całość fabuły opiera się na filozofii, ale zbyt daleko idącej i potraktowanej po macoszemu. Przywoływana jest tutaj na przykład teoria, jakoby Jezus nie umarł na krzyżu, a dotarł do Japonii i zmarł tam w sędziwym wieku. Bohaterka przechodzi przemianę, ale trochę na wariackich papierach, nieco za szybko i bez jakichś głębszych wniosków. Właściwie wszystko można już wyczytać w opisie z tyłu okładki.

Książkę czytało się szybko i nawet przyjemnie, ale od Joanny Bator oczekiwałam czegoś znacznie głębszego. Tutaj historia jest płaska i jakby pisana na kolanie – z pominięciem ważnych elementów i zagłębiania się w temat. Zabrakło mi klimatu, który panował choćby w „Ciemno, prawie noc”, charakternych postaci i nieco bardziej skomplikowanej fabuły. Nie było tam ani nastroju miasta, ani duszy bohaterów, a jedynie bardzo prosta, filozoficzna opowiastka o smutku i sklejaniu zepsutych naczyń.

*Bator J., Purezento, Wydawnictwo Znak, Kraków 2017, s. 13.

Moja ocena: 5/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak

Czytaj także: Ciemno, prawie noc – Joanna Bator