Rzeczy, których nie wyrzuciłem – Marcin Wicha

Jeśli ktoś umiera, zostają po nim rzeczy – przedmioty codziennego użytku, książki, odręczne notatki, nieopłacone rachunki i niedokończone sprawy. Ktoś bliski musi to wszystko uporządkować. Czasem trzeba się tym zająć tuż po śmierci, w pierwszym etapie żałoby. Ciężko to robić, gdy każda, nawet najdrobniejsza rzecz budzi w głowie wspomnienia o zmarłym, wywołuje żal i tęsknotę. O takich porządkach pisze Marcin Wicha w swojej najnowszej książce „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. 

Po śmierci matki autora zostało mnóstwo książek, tytułów posegregowanych tematycznie, latami wydania – przybrudzonych, wyblakłych, z poszarpanymi okładkami. Marcin Wicha początkowo próbował oddać je jej przyjaciołom, których uważała za ważniejszych od rodziny, ale gdy nawet oni nie chcieli ich przyjąć, postanowił sprzedać je do antykwariatu. Przeglądając poszczególne tytuły, w jego głowie rodzą się wspomnienia dotyczące danego okresu, w którym książka była zdobyta, albo emocji, które wówczas wzbudzała. I w ten sposób odbiorca poznaje wybrane historie z życia matki autora zapisane w oszczędnych słowach.

„-Ale ty nie umrzesz? – spytałem kiedyś.

– Umrę. Każdy umrze.

– Ale ty nie umrzesz?

– Umrę, ale dopiero kiedy nie będziesz mnie potrzebował.

Miałem pięć lat i w pierwszej chwili uznałem tę odpowiedź za satysfakcjonującą. Negocjacje w kwestii śmierci nie należą do łatwych. Jak mówią związkowcy, uzyskałem maksimum tego, co było możliwe w obecnej sytuacji. Dopiero z czasem zrozumiałem, że postawiła mi warunek. <<Dopiero kiedy nie będziesz mnie potrzebował>>. Niepotrzebna obumierała. Sto procent żydowskiej matki”*.

Ciężko mi odgadnąć, jaki autor miał zamiar, pisząc tę książkę. Nie jest to ani zbiór opowiadań, ani powieść. Nie są ukazane, ani intymne relacje z matką, ani nie ma tam rozszarpującej rozpaczy wynikającej z żałoby. Nie ma też prania brudów, co może i się chwali. Jednak nie ma też niczego co porywa, rozwala i miażdży. Nie powodują tego ani styl, ani historia, ani zawarte w niej emocje.

Dużo jest w tej historii o matce, prawie nic o zmarłym ojcu, trochę o Żydach, trochę o przyjaciołach, odrobinę o znaczeniu słów i trochę o książkach stojących na półce. Jednak tak naprawdę wszystkie tematy są tam tylko muśnięte, ledwie dotykane, jakby przez rękawiczkę. Jakby autor potrzebował to z siebie wyrzucić, ale nie chciał się otworzyć. Najbardziej emocjonalna jest trzecia część o samym umieraniu, ale i w niej czegoś brakuje.

Obraz matki, można by rzec głównej bohaterki tej książki, jest bardzo zachowawczy. Autor pokazuję ją jako zwykłego człowieka z wadami i zaletami, a jednocześnie zachowuje takt i nie mówi o rzeczach, które mogłyby się przyczynić do pośmiertnego naruszenia jej intymności. Pisze o niej z szacunkiem, z nutą humoru, ale też z pewną dozą żalu.

„Miała wiele wad, ta moja matka. Była tak zwaną <<trudną osobą>>. Jak dodatkowe zadanie na szóstkę. Jak Jolka w sobotniej gazecie. Przyjaciele twierdzą, że mówiła prawdę w oczy. Czasem mówiła, czasem nie. Ale jedno jest pewne: Kiedy chciała coś powiedzieć, nikt nie potrafił jej uciszyć”**.

Marcin Wicha za „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” dostał Paszport Polityki. Czy słusznie? Ja uważam, że nie, ale musicie to ocenić sami.

* Wicha M., Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2017, s. 17.

** tamże, s. 135.

Moja ocena: 6/10