Żeby nie było śladów – Cezary Łazarewicz

Pierwszy raz w dwudziestoletniej historii Nagrody Nike zwyciężył reportaż. Literatura faktu potrafi być niezwykle interesująca, życie bowiem pisze najlepsze scenariusze. Bardzo trudno jest napisać bezstronny reportaż o sprawie, w której chciałoby się wyraźnie stanąć po właściwej stronie, ciężko jest zgromadzić solidny materiał, kiedy tak wiele osób pragnie zatuszować sprawę, albo po prostu o niej zapomnieć. Cezaremu Łazarewiczowi się to udało.

Sprawa Grzegorza Przemyka, pobitego na śmierć maturzysty z Warszawy, budziła wiele emocji zarówno w Polsce, jak i na świecie. Interesowały się nią media, była szeroko komentowana w prasie oraz w radio Wolna Europa. Mimo, że pierwszy proces był w latach 80., to zamknięto go dopiero w 2004 roku. Matka ofiary, poetka Barbara Sadowska robiła wszystko, żeby doprowadzić sprawę do końca, ale w pewnym momencie wiedziała, że już nie może nic zrobić z tuszowaniem dowodów, straszeniem świadków i matactwami, więc zrezygnowała z uczestnictwa w rozprawie, dając tym wyraz buntu przeciwko jawnej niesprawiedliwości. Nad operacją dezinformacyjną pracowało kilkuset funkcjonariuszy SB, prokuratorzy, Jerzy Urban oraz sam minister Kiszczak. Odpowiedzialni za zabicie przemyka zomowcy nigdy tak naprawdę nie ponieśli kary za swój czyn.

„Po godzinie zaczynają bić dzwony, przed kościołem robi się biało. Około piętnastej koledzy Grześka na ramionach wynoszą trumnę z kościoła. Ksiądz Popiełuszko prosi o całkowite milczenie i nieśpiewanie nawet pieśni religijnych. Milczący kondukt rusza ulicą Krasińskiego: najpierw drewniany krzyż niesiony przez księdza, za nim trumna i krocząca tuż za nią Barbara Sadowska, a potem tłumy, tłumy, tłumy”*.

Źródło zdjęcia

Mawia się, że każdy kij ma dwa końce. Tym razem, w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka, fakty były niezaprzeczalne, a winni wskazywani od początku przez świadków. Mimo to Cezaremu Łazarewiczowi udało się pozostać bezstronnym. W reportażu „Żeby nie było śladów” przebieg zdarzeń jest przedstawiony bez koloryzowania, bez upiększania, ani szykanowania. Autor pisze wprost o hulaszczym życiu poetki Barbary Sadowskiej, o jej załamaniu oraz kontrowersyjnym związku ze świadkiem zdarzenia Cezarym, który był niewiele starszy od jej syna. Łazarewicz ocenę ówczesnych wydarzeń pozostawia odbiorcy.

„Był czas, że nie chciała być mamą Grzesia, to znaczy tą postacią, z której robią matkę Polkę, modlącą się na mszach za ojczyznę i chodzącą w patriotycznych procesjach. Nie mogła unieść tego ciężaru, tych oczekiwań, żeby nią była”**.

„Żeby nie było śladów” to nie tylko reportaż o zabitym przez zomowców warszawskim maturzyście, to też opowieść o cierpieniu matki. Łazarewicz porusza także istotną kwestię, że głównie skupiono się się na rozpaczy Sadowskiej, a przecież w tym wszystkim był także ojciec, który mimo rozwodu z żoną, z synem utrzymywał dobre relacje.

„Była jak wilczyca, której wyrwano płód z trzewi. On przecież był jej częścią. Nadzieją na ciąg dalszy. Na Jezuickiej zatłukli najpiękniejszą jej cząstkę”***.

W reportażu widać wyraźnie ogrom pracy, który Cezary Łazarewicz włożył w spisanie tej historii. Przeczytał setki stron akt, ale także dotarł do osób, które od lat nie chciały mieć nic wspólnego z tą sprawą. Jeśli nie udało mu się przeprowadzić wywiadów bezpośrednio to robił to przez ich najbliższych. Nie wyszło ze wszystkimi świadkami, ale próba była wielokrotnie podjęta. Uważam, że autor w stu procentach zasłużył na Nagrodę Nike, bo nie dość, że jest to historia rzetelnie napisana, to jeszcze niezwykle interesująco przedstawiona. Czytelnik dowiaduje się, nie tylko o tym, co działo się dzień po dniu na komisariatach milicji, czy w ławach sądowych, ale także o tym, co dziś stało się z drugoplanowymi bohaterami tych przejmujących wydarzeń. Polecam!

* Łazarewicz C., Żeby nie było śladów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016 r., s. 43-44.

** tamże, s. 229.

*** tamże, s. 229.

Moja ocena: 10/10