No weź to kup! Rzecz o nachalnym marketingu wydawnictw

Mawia się, że reklama jest dźwignią handlu. I ja się z tym stwierdzeniem zgadzam. Jako osoba, która od wielu lat zajmuje się marketingiem, jestem w stanie docenić dobre hasło reklamowe, zrozumieć mechanizmy rządzące sprzedażą i wiem, czym jest rozbudzanie potrzeb klienta poprzez sprytny copywriting, czy przekaz wizualny. Ale… Szlag mnie trafia, gdy ktoś jawnie próbuje mi wcisnąć kit. Szczególnie gdy chodzi o literaturę, którą z zamiłowaniem zajmuję się po mojej marketingowej pracy. Opowiem Wam dzisiaj, co mnie najbardziej denerwuje w nachalnej reklamie, serwowanej czytelnikom przez wydawnictwa.


Ostra jazda na fali popularności czegoś zupełnie innego

Znane jest czytelnikom, odwoływanie się do Gry o Tron przy każdym nadającym się (lub nie) tytule i wytłuszczenie nazwiska George’a R. R.  Martina bardziej niż nazwiska autora, porównywanie do twórczości innych, typu to drugi Stephen King, czy Jo Nesbo, a także cwałowanie na plecach jakiegoś popularnego filmu czy serialu.

Ostatnio napisał do mnie przedstawiciel pewnego dużego wydawnictwa, proponując do recenzji książkę. Publikacja dotyczyła zimnej wojny oraz bomb atomowych. A jak atom, to… Osoba opisująca książkę podpięła pod to Czarnobyl. Dobrze jest przecież posłużyć się popularnością bardzo popularnego serialu z HBO, aby zachęcić do przeczytania książki. Napisałam do tej osoby maila: „Dzień dobry, proszę nie mylić zimnej wojny i celowego użycia bomb atomowych z wypadkiem w elektrowni w Czarnobylu, bo to dwie różne sprawy, niemające ze sobą za wiele wspólnego. Lęk przed atomem był znacznie wcześniej, choćby po zrzucie bomby na Nagasaki. Czy w tej książce jest mowa o katastrofie w Czarnobylu, czy to tylko zabieg marketingowy w opisie? Przepraszam za maila w tym tonie, ale bardzo nie lubię, gdy w celach reklamowych z czytelnika robi się głupca. My, czytelnicy to widzimy ;)”. Oczywiście nie dostałam odpowiedzi*.

*(EDIT: Kilka godzin po opublikowaniu tego wpisu dostałam odpowiedź, tłumaczącą zależność między treścią książki, a wybuchem w Czarnobylu. Moje posądzenie o marketing na bazie tego serialu było niesłuszne. Zwracam honor, ale tej treści nie usuwam. Niech stanowi ona przykład tego, że czytelnik ma też prawo wiedzieć, czy marketing nie jest zbyt daleko posunięty, zadać pytane na ten temat i go oczekiwać. Ja się doczekałam. Odpowiedź była na najwyższym poziomie i z kulturą. Tym razem wydawnictwu należą się brawa! )

Najbardziej jednak wkurza mnie, gdy wydawnictwo lub księgarnia internetowa jedzie na grzbiecie jakiejś tragedii. Pamiętacie wydarzenia na Nanga Parbat? Nie dość, że w tym czasie powstała fala publikacji o wspinaczce, która wcześniej niemal nikogo nie interesowała, to jeszcze te publikacje były serwowane, jako pierwsze w podpowiedziach zakupowych, były na nie promocje, itp. Moim zdaniem, delikatnie mówiąc, było to niesmaczne. Taki sam zabieg stosuje się po śmierci danego autora. Wówczas na pierwszych pozycjach są promowane jego książki. Ktoś, kto chce przeczytać jego twórczość i tak to zrobi (kupując powieść, czy korzystając z biblioteki), nie trzeba nas, czytelników tą trumienną wyprzedażą walić po oczach, jeszcze przed pogrzebem pisarza. Trochę taktu nikomu nie zaszkodziło.


To najlepsza książka w całym wszechświecie!

Przejrzałam kilkanaście maili od różnych wydawnictw i niemal w każdym książka była zachwalana pod niebiosa, jako ta najlepsza z najlepszych. Oto kilka przykładów. „«Układ» to zdaniem Bartosza Węglarczyka «najlepszy polski kryminał, jaki czytał w tym roku». Czyli mamy jakąś osobę (która nie jest autorytetem w danym gatunku literackim ani w świecie literatury w ogóle), która twierdzi, że to najlepszy kryminał, jaki ona przeczytała w tym roku. Nie wiemy nawet, ile tych kryminałów przeczytała, jakich, ani czy to nie był oby na pewno jedyny. Kolejna reklama: „Na taki POLSKI horror czekaliśmy całe lata”. Ale kto czekał? Wydawca? Czy czytelnicy? Bo ja nie czekałam. Zwłaszcza że nie znam jeszcze jego treści. Tu też nieźle jadą po bandzie: „Przeczytaj jako pierwsza i zrecenzuj najlepszą książkę według czytelników Goodreads!” Pomijając fakt, że to najlepsza książka z Goodreads, ale w kategorii Romance, a po drugie wydawnictwo chyba bardzo chciało, żebym poczuła się wyjątkowa i uwierzyła, że przeczytam tę książkę, jako pierwsza. Dno i wodorosty. A tutaj kolejny kwiatek: „Premiera najlepszej autobiografii muzycznej od lat!” Ale kto to ocenia? Wydawca? Z tego, co mi wiadomo, książka nie zdobyła nawet żadnej nagrody. Takich przykładów na mojej skrzynce mailowej znalazłam całe mnóstwo.

Każdy chce, aby jego książka była najlepsza, ale przecież tak się nie da! Moim zdaniem publikacje, które są naprawdę dobre, zupełnie nie potrzebują tego typu reklamy, raczej jest ona stosowana w przypadku średnich albo bardzo słabych tytułów. Pal licho, gdyby te zachwyty były wypluwane przez jedno wydawnictwo, ale każdy z podanych przeze mnie wyżej przykładów, pochodzi od innego wydawcy.


Polecanki cacanki

Nagminnym zabiegiem jest przestawianie na okładkach tzw. blurbów, czyli rekomendacji bardziej lub mniej znanych osób. I tak np. książki Remigiusza Mroza poleca Tess Gerritsen. Szczerze mówiąc, jakoś ciężko mi uwierzyć, żeby ta znana na całym świecie autorka, czytywała Mroza i jeszcze go polecała. Gdy jeden pisarz poleca twórczość innego pisarza, jeszcze nie razi mnie to tak bardzo w oczy, jak to, gdy te polecenia są pisane przez osoby w ogóle niezwiązane z literaturą, np. piosenkarzy, aktorów, prezenterów ze śniadaniówek, czy sportowców. Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie opinia Marcina Gortata o jakiejś książce, bo z całym szacunkiem dla tego wybitnego koszykarza, znawcą literatury to on raczej nie jest.

Irytuje mnie też, gdy zamiast opisu fabuły, czy osiągnięć autora z tyłu okładki znajduję same blurby, które niekoniecznie mają związek z treścią książki i często są pisane tak, jakby ich autorzy przeczytali pierwsze dziesięć stron powieści albo nie zrobili tego wcale.

Inną kwestią są patronaty. I o ile patronuje bloger, serwis o książkach, czy czasopismo o literaturze nie mam nic przeciwko takiemu zabiegowi, ale gdy na kryminale widzę np. logo Rossmana, Vivy albo innego podmiotu niezwiązanego z książkami to nóż w kieszeni mi się otwiera.


No cóż, we współczesnym  świecie nie pozbędziemy się reklam i agresywnych form promocji. Zdaję sobie z tego sprawę. Kiedy dostaję informację o tym, że książka jest najlepsza we wszechświecie, napisał ją drugi ktoś tam, poleca ją najpopularniejszy sportowiec albo jest tak podobna do czegoś na topie, że niemal identyczna, staram się ją omijać szerokim łukiem i nie kupować ani nie zamawiać od wydawnictw. Nie lubię, gdy ktoś próbuje mnie zrobić w balona.