Blogerze! Nie pisz recenzji za pieniądze!

„Najpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszę. Tylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamony”. Ten fragment piosenki Republiki mogłoby zaśpiewać wielu blogerów, którzy pobierają opłaty za napisanie recenzji. W ostatnim czasie wyznania  tego, kto publikuje płatne opinie dla wydawnictw a kto nie, zalały sieć. Ponieważ temat bardzo mnie porusza, bulwersuje i wywołuje we mnie ogromne emocje, także postanowiłam się do niego odnieść. Przyjmować pieniądze, czy pisać za darmo? Czy jest to etyczne? Co mówi o tym polskie prawo? Jak do tej kwestii odnoszą się inni blogerzy? I co ja o tym sądzę? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie poniżej.

Recenzja – co to takiego?

Zacznę od tego, czym w ogóle jest recenzja. Wiem, że Wikipedia nie jest najlepszym i najbardziej wiarygodnym źródłem, ale akurat definicja recenzji jest dobrze tam przedstawiona, więc będę się nią posiłkować. Recenzja (…) – analiza i ocena dzieła artystycznego, publikacji naukowej, projektu, przewodnika, poradnika, wystawy, przedstawienia teatralnego, publikacji multimedialnej, filmu, gry komputerowej itp. Pełni funkcję informacyjną, wartościującą i postulatywną, nakłaniającą lub zniechęcającą. Recenzja odnosi się do aktualnych zjawisk artystycznych i naukowych. Jest gatunkiem o schematycznej strukturze: zawiera elementy informacyjne, analityczno-krytyczne i oceniające. Kompozycja recenzji jest dostosowana do wymogów tematycznych dzieła, określonego odbiorcy, specyfiki medium, w którym recenzja jest publikowana. Krytyczne lub pozytywne omówienie utworu artystycznego, lub naukowego, którego celem jest poddanie ocenie wartości tego dzieła w oparciu o powszechnie przyjęte kryteria lub w sposób czysto subiektywny. Recenzja realizuje następujące cele: informowanie o nowych dziełach i prezentowanie ich, ocenianie, kształtowanie gustu odbiorców, refleksja krytyczna (badanie struktury dzieła, odnoszenie dzieła do prądów i procesów artystycznych, do filozofii, do wcześniejszego dorobku autora, do innych zjawisk – w tym społecznych i politycznych)” Pełne objaśnienie znajdziecie TUTAJ.

Jeśli według definicji recenzja powinna zawierać elementy oceniające, analityczno krytyczne to czy tekst sponsorowany (czyli opinia o książce, za którą bloger otrzymuje wynagrodzenie od wydawnictwa) może spełniać te warunki? Moim zdaniem nie! Dlaczego? Ponieważ żadne wydawnictwo nie zapłaci, jeśli recenzja będzie negatywna, z przeważającą informacją o wadach czytanej lektury. Aby otrzymać pieniądze, bloger powinien napisać pozytywną (przynajmniej w większości) wypowiedź o książce. Osoby, które podejmują tego typu współpracę, zarzekają się, że książki, które opisują pozytywnie, a za opis, których otrzymali wypłatę, naprawdę im się podobały. Ja do takich opinii podchodzę z dystansem. Według mnie to zwykłe teksty reklamowe napisane na zlecenie – copywritting i marketing. Moim zdaniem są nieszczere, dlatego staram się omijać je szerokim łukiem. Problem w tym, że prawie nigdy nie wiem, kiedy wpis powstał jako reklama, a kiedy został napisany zupełnie za darmo, blogerzy bowiem nie oznaczają tych recenzji, jako teksty sponsorowane.

Artykuł sponsorowany, a prawo prasowe

Czy etyczne jest ukrywanie, że za recenzję bloger otrzymał pieniądze? Moim zdaniem nie. Czytelnik powinien być o tym poinformowany, tak, aby sam sobie mógł wyrobić pogląd, czy artykuł jest szczery, czy reklamowy. W dziennikarstwie (często blogerzy się powołują na to, że przecież dziennikarze dostają wynagrodzenie) funkcjonuje coś takiego, jak prawo prasowe. I ta ustawa wyraźnie określa, w jaki sposób powinien być oznaczony tekst, za który wydawca lub serwis otrzymał pieniądze: „Pierwszą i najważniejszą kwestią są 2 słowa, które zawsze muszą się znaleźć nad materiałem promocyjnym – „Artykuł sponsorowany”. Art. 36 Prawa Prasowego mówi o tym, że ogłoszenia i reklamy muszą być oznaczone w sposób niebudzący wątpliwości, iż nie stanowią one materiału redakcyjnego. Aby nie wprowadzać czytelników w błąd, wydawcy gazet i portali internetowych często umieszczają materiały promocyjne w specjalnych ramkach, dobierają też inny kolor czcionki. Rezygnacja z wyodrębnienia artykułu jest sprzeczna z prawem!” Więcej o tym zagadnieniu przeczytacie TUTAJ.

Pracuję, więc biorę pieniądze…

W jednym z artykułów przeczytałam wypowiedź typu: „To mój blog, więc mogę robić na nim co chcę”. Jest to półprawda. Bo owszem każdy ma możliwość pisania o tym, co mu w duszy gra (o ile jest to zgodne z literą prawa), jednak bloger, podobnie jak dziennikarz, jest osobą zaufania publicznego, więc powinien szanować swoich czytelników. Bo przecież blogów nie prowadzi się tylko dla siebie, ale także dla swoich odbiorców. Czyż nie? Niektórzy pobierający wynagrodzenie argumentują, że to przecież ciężka praca to, dlaczego mają ją wykonywać za darmo. Owszem blogowanie wymaga poświęcenia czasu, rozwijania umiejętności, a często też inwestowania własnych środków finansowych, ale jest mnóstwo innych metod zarobku na blogu książkowym niż na recenzowaniu. Można zorganizować konkurs, zamieścić baner reklamowy, albo link do księgarni internetowej, można zorganizować ciekawą akcję lub opublikować wywiad z autorem. Takie działania promują wydawnictwo, ale nie naruszają zaufania czytelników bloga. Pamiętajcie tylko o tym, żeby nie robić ze swoich tak długo pielęgnowanych blogów słupów ogłoszeniowych, bo tego nie lubi nikt. I na litość boską nie piszcie recenzji za pieniądze! Szczególnie mi przykro, gdy blogerzy, których ceniłam tacy jak Diana z bardziejlubieksiazki.pl, nie rozumieją, co jest złego w pisaniu odpłatnych recenzji i nieoznaczaniu ich, jako sponsorowane. O jej stanowisku przeczytacie w artykule „Tak, biorę” TUTAJ. Ja, jako jej czytelniczka, czuję się zwyczajnie oszukana…

Do opcji reklamy moim zdaniem świetnie podchodzi Rafał z CzytamRecenzuje.pl. Stworzył on politykę przejrzystości współpracy z wydawcami i innymi podmiotami, którą możecie przeczytać TUTAJ. Deklaruje tam, że nie pobiera opłat za recenzje, a np. za organizację konkursu, jednocześnie zastrzegając: „Książka, którą w ramach komercyjnej współpracy promowana była na blogu i w jego mediach społecznościowych, przez okres 10 miesięcy od zakończenia umowy o współpracę nie pojawia się w materiałach niekomercyjnych na blogu”. I jest to rozwiązanie, które ja najbardziej popieram, czyli zarabianie na blogu, ale brak ingerencji w recenzje, które powinny na blogu książkowym być szczere, a nie dobrze zmonetyzowane. Inaczej czytelnicy przestaną Wam ufać, zaczną odchodzić. A jak przestaną ufać kilku blogerom, to stracą zaufanie do całej branży. Niestety tak ten mechanizm działa. Więc błagam, nie psujcie rynku!

Ale przecież książka, to też forma wynagrodzenia…

Otóż nie. Książka nie jest formą wynagrodzenia, a rodzajem narzędzia pracy. Jeśli bloger ma opisywać świeże tytuły, prosto z księgarni lub nawet drukarni, musi je jakoś nabyć. Niestety koszt książki w Polsce jest dość wysoki i przy założeniu, że recenzent opisuje osiem książek miesięcznie za 35 zł, jego budżet domowy w tym okresie zeszczuplałby o 280 zł. Trochę dużo. Nie można jednak 35 zł za około 20 godzin „pracy” (odebranie z poczty, przeczytanie lektury, opisanie jej, promocja w Social Media i w księgarniach) traktować jako wynagrodzenia, które może mieć wpłynąć na ocenę. Powiedzmy sobie szczerze, kto by się sprzedał za jakieś 1,75 zł za godzinę? Jakub z Qbuś pożera książki podobnie podchodzi do tematu: „Powtórzę więc to, co wyartykułowałem w dyskusji i ponoć powinienem eksponować: żaden z tekstów na tym blogu nie został opłacony. Nie jestem z gruntu przeciwny jakimś akcjom promocyjnym, ale nie żadna z otrzymanych przeze mnie propozycji nie dałaby mojemu sumieniu spokoju. Jedyną formą „wynagrodzenia”, które otrzymuję za recenzje, są książki i mimo tego, że zaznaczam ten fakt pod każdy odpowiednim wpisem, to traktowanie takiej rekompensaty jako w jakimkolwiek stopniu „korumpującej” jest nieco uwłaczające”. Cały wpis znajdziecie TUTAJ.

Oczywiście zdarzają się blogerzy, którzy zrobią wszystko, żeby otrzymać od wydawnictwa kolejny egzemplarz do recenzji i nie są szczerzy w tym, co piszą, ale takich łatwo wyłapać i polecam ich omijać szerokim łukiem. O tym temacie więcej przeczytacie w moim artykule: „Dlaczego nie piszecie szczerze o książkach?”, który znajduje się TUTAJ.

Osobiście współpracuję z kilkoma wydawnictwami i otrzymuję książki do zrecenzowania, ale nigdy nie wzięłam pieniędzy za żadną formę promocji (nawet baner, czy organizację konkursu) i jedno wiem na pewno, nigdy nie sprzedam recenzji. Jeśli macie wątpliwości, czy piszę szczerze po otrzymaniu gratisowej książki, możecie moje krytyczne opinie ze współprac przeczytać TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, czy TUTAJ. To tylko przypadki z tego roku a kto zna mojego bloga dłużej, wie, że jest ich znacznie, znacznie więcej. Każda z moich współprac jest oznaczona logo wydawnictwa lub informacją, że książkę otrzymałam od autora, więc nie ma wątpliwości, którą książkę dostałam, a którą przeczytałam poza współpracą.

Nie, nie i jeszcze raz nie!

Jeszcze przed całym tym szumem w sprawie płatnych recenzji, na blogu Książkomaniacy Recenzje wzięłam gościnnie udział w artykule: „Nie waż się brać pieniędzy za recenzję książki! To chore, to wstyd!” i byłam jedyną (!) blogerką, która uważa, że otrzymywanie wynagrodzenia za opinie o książkach jest nie fair. Trochę żałuję, że w tym uczestniczyłam, nie ze względu na wypowiedź, bo była ona szczera i zdania nie zmienię, ale ze względu na konwencję i bardzo słabą redakcję oraz argumentację całego posta. A oto, co wtedy napisałam: „Bloga Stacja Książka prowadzę już od pięciu lat i nigdy nie wzięłam pieniędzy za promocję książek. Swojej stronie poświęcam bardzo dużo czasu. Przede wszystkim zależy mi na jakości pojawiających się tam treści. Chciałabym, aby czytelnicy mojego bloga mogli znaleźć tam wartościowe opinie o książkach, które są godne polecenia, ale też o tych, po które, według mnie, nie warto sięgać. Moim zdaniem, nie ma nic gorszego, niż przeczytanie w Internecie serii pochlebnych recenzji o książce, która po zakupie okazuje się być kompletnym gniotem z literówkami, błędami merytorycznymi, słabymi bohaterami oraz wołającym o pomstę do nieba zakończeniem. Nie wyobrażam sobie więc brania pieniędzy za napisanie recenzji na mojej stronie. Czułabym się wtedy zobowiązana do wystawienia pozytywnej opinii o książce, nawet wtedy, gdy nie byłaby ona warta takiej oceny. Nie sądzę bowiem, że wydawnictwo chciałoby mi zapłacić za szczerą recenzję, taką, w której piszę również o wadach danego tytułu, a zdarza mi się to często. Pisanie o książkach za pieniądze uważam za zwykły marketing i copywriterstwo, a tym na swoim blogu po prostu się nie zajmuję. Jest mi przykro, gdy dowiaduje się, że inni blogerzy piszą recenzje za pieniądze, czuję się wtedy oszukana, jako ich czytelniczka. Gdy ta informacja wychodzi na jaw, omijam te miejsca szerokim łukiem. Prowadzenie bloga kosztuje (zwłaszcza gdy korzysta się z własnej domeny lub reklamuje się swoją stronę w sieci), więc rozumiem niektóre działania, które wiążą się z pozyskaniem pieniędzy od wydawnictw ,czy księgarń, takie jak: zamieszczanie banerów reklamowych, paneli online, przeznaczonych do zakupu książek, czy płatną organizację konkursów, jednak płatnych recenzji nigdy nie zrozumiem, bo to zwykły tekst reklamowy, mamiący czytelników. Dla mnie zadowoleni czytelnicy mają o wiele ważniejszą wartość niż pieniądze. I przy tym pozostanę”. Wypowiedzi pozostałych uczestników znajdziecie TUTAJ.

I tym cytatem zakończę temat, choć to temat rzeka, ale Was zapraszam do dyskusji. Chciałabym wiedzieć, czy chętnie czytacie płatne recenzje, czy Waszym zdaniem powinny być one oznaczone jako sponsorowane, czy bloger powinien pobierać wynagrodzenie za publikację opinii o książce? A może macie jakieś inne wnioski?