Dziewczyny z Wołynia – Anna Herbich

Śmierć od kuli była dla nich wybawieniem, ale nie wszyscy mieli szczęście zginąć w ten sposób. Sąsiedzi mordowali sąsiadów, mężowie zabijali żony, dorośli ludzie żywcem palili dzieci, albo je żywcem zakopywali. Zabijali tym, co mieli pod ręką. Siekierą, kijem, widłami, albo gołymi rękoma. W niedzielę podczas mszy w kościele, przy Wigilijnym stole, w domu. Wyciągali skrytych w piwnicach, na strychach i w oborach i mordowali tak, żeby zadać, jak najwięcej bólu. Najpierw dzieci na oczach rodziców, później kobiety na oczach ich mężów, a na końcu mężczyzn. Dlaczego oprawcy to robili? Bo ofiary były Lachami, czyli Polakami. Tak wyglądała rzeź wołyńska. 

Dziewięć kobiet opowiadających, jak uratowały się z masakry, którą ukraińscy banderowcy zgotowali Polakom w 1943 roku na Wołyniu. Bohaterki reportażu Anny Herbich wówczas były dziećmi, ale cudem udało im się wymknąć spod szpon śmierci. Jedna skutecznie udawała martwą; inna skryła się na strychu kościoła, który Polacy ostatkiem sił obronili przed atakiem UPA; następna przeczekała pod ciałem martwej matki, kolejna skryła się w piwnicy z bratem – jego znaleźli i zabili na jej oczach, jej nie zauważyli; jeszcze inną uratował wujek; a następną Ukrainka, za co wybawicielce groziła śmierć; ta ostatnia była prawie martwa, bo tyle miała ran postrzałowych, że przez wiele miesięcy lekarze nie dawali jej szans na przeżycie… ale ocalała, żeby teraz opowiedzieć, co się wtedy wydarzyło.

“Błagałam Boga, żeby to był tylko sen. Ale to nie był sen. To była rzeczywistość. Rozpoczęła się egzekucja. Ukraińscy nacjonaliści straszliwie pastwili się nad całą czwórką. Nad moim tatą, nad moimi siostrami, nad Panem Adamkiewiczem. Z ust przerażonego sąsiada wydobywały się jakieś nieartykułowane, dzikie dźwięki. To dodatkowo rozsierdziło bandytów… Bili moich bliskich łopatom, dźgali ich widłami, kopali, okładali kolbami od karabinów… Wszystko wydarzyło się na moich oczach…”*.

W tym roku mija 75 lat od tych tragicznych wydarzeń na Wołyniu. Do lat 90.  w ogóle nie można było o tym mówić. Przez prawie pięćdziesiąt lat świadkowie rzezi wołyńskiej musieli milczeć na temat tego, co ich spotkało. Po pięćdziesięciu latach niewiele osób już to interesowało – jedynie rodziny i historyków. Nawet władze państwa nie były skłonne do godnego upamiętnienia zabitych. Historycy szacują, że w rzezi wołyńskie z rąk ukraińskich banderowców zginęło ponad sto tysięcy osób. Duża skala, o której tak mało się dotąd wspominało. Dopiero doskonały film Wojciecha Smarzowskiego “Wołyń” przypomniał szerszemu gronu o tej okropnej masakrze. Niektórzy twierdzą, że był zbyt dosłowny, zbyt brutalny, ale świadkowie mówią, że nawet w części nie oddaje okrucieństwa, którego doświadczyli w rzeczywistości.

Książka “Dziewczyny z Wołynia” Anny Herbich jest doskonale napisana i wzbudza ogromne emocje. Autorka w pełni oddaje głos swoim bohaterkom, nie opatrzywszy ich wypowiedzi żadnym komentarzem, ale w świetle tego, co mają do przekazania światu, jest on zupełnie zbędny. Narracja kobiet układa się w podobny schemat, najpierw opowiadają o tym, jak było przed rzezią, o pięknym, radosnym Wołyniu, gdzie Polacy i Ukraińcy żyli w pełnej zgodzie, później o samej rzezi, a następnie o tym, co było po niej i jak obecnie układają się ich losy.

Ogromną zaletą publikacji są zdjęcia, które pozwalają czytelnikowi poczuć klimat panujący w Wołyniu i poznać twarze rodzin, o których mowa jest w tej książce.

Nie są to historie łatwe, każda z nich jest bardzo brutalna. Trzeba zaznaczyć, że bohaterki “Dziewczyn z Wołynia” to Bohaterki przez wielkie B. Nie dlatego, że udało im się przeżyć, ale dlatego, że żyły dalej, mimo iż wszyscy o nich zapomnieli. Mam nadzieję, że dzięki takim publikacjom wreszcie zacznie się głośno mówić o tym, co siedemdziesiąt pięć lat temu wydarzyło się na Wołyniu. I będzie się o tym mówić nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Tak, aby ocalali z rzezi, poczuli, że jeszcze kogokolwiek interesują, a pamięć o ich pomordowanych rodzinach nie umrze wraz z nimi.

* Herbich A., Dziewczyny z Wołynia, Znak, Kraków 2018, s. 66.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak