Król – Szczepan Twardoch

Nie znając jakiegoś narodu, zwłaszcza takiego, który wywołuje emocje i przez swą odmienność od naszej kultury oraz religii rozbudza wyobraźnię, łatwo popaść w tendencję oceny przez pryzmat stereotypów. Żydzi, o nich bowiem mowa, zawsze kojarzyli mi się z pejsami, jarmułkami, pobożnością, szabatem, handlem i interesami. Ewentualnie z walkami w Palestynie, zagładą w obozach koncentracyjnych, czy wieloletnim brakiem własnego państwa. Szczepan Twardoch w “Królu” ukazał obraz Żydów w zupełnie innej odsłonie. Mrocznej, gangsterskiej, hulaszczej i bardzo niebezpiecznej.

Mojżesz Bernsztajn, pobożny, siedemnastoletni Żyd był świadkiem uprowadzenia ojca przez żydowskich mafiozów. Wszystkiemu winne były długi, których mężczyzna nie miał za co spłacić. Wśród gangsterów znajdował się legendarny bokser – bezwzględny, a jednak mający swoje twarde zasady – Jakub Szapiro. W międzywojennej Warszawie zyskał sobie szacunek nie tylko pięściami, ale także dumą, odwagą i swojego rodzaju dżentelmeństwem. Lepiej było być przyjacielem Szapiro niż jego wrogiem. O tym wiedzieli niemal wszyscy mieszkańcy stolicy. Wiedział to również  Mojżesz, który w ramach swojego rodzaju zadośćuczynienia, został wzięty pod skrzydła niebezpiecznego boksera.

“Mój ojciec podzielony na części unosił się w odmętach wód, a ja uczyłem się chodzić, trzymać ręce, chować szczękę za prawą pięścią i lewym barkiem. Byłem jak niemowlę, które podnosi się na własne nogi po raz pierwszy, opierając się o ścianę. Na sali Gwiazdy narodziłem się na nowo. Trzymałem łokcie blisko, kiedy Szapiro uderzał sierpem i prostym. Do dziś stawiam kroki, których nauczyłem się wtedy, do dziś chodzę drogami, które wtedy odkryłem, do dziś słucham słów, które wtedy do mnie wypowiedziano. Miałem siedemnaście lat. Zostawiłem matkę, brata, i ciało mojego ojca podzielone na kaparot”*.

W “Królu” Szczepana Twardocha czytelnik znajdzie dużo brudu okresu dwudziestolecia międzywojennego. Jest mafia, są morderstwa, haracze, pobite prostytutki, jest segregacja rasowa, są bójki i bardzo nieczyste interesy. Nie jest to lekka lektura, nie czyta jej się jednym tchem, nie tylko z uwagi na dość brutalną tematykę, ale również poprzez wplatany w dialogi język Jidysz oraz słownictwo, które dotyczy żydowskich tradycji. Żydzi są tu jednak zupełnie inni niż ci ortodoksyjni z moich wyobrażeń. Są silni, wysportowani, brutalni, bezwzględni i niewierzący.

Widać, że autor włożył ogrom pracy w napisanie tej książki. Wykorzystuje fakty historyczne, doskonale oddając klimat tamtych czasów. To obraz Warszawy ordynarnej, bezpruderyjnej i bezkompromisowej, gdzie poradzić może sobie tylko ten, kto ma pieniądze lub sławę. Albo najlepiej jedno i drugie.

Mamy tu knajpki, które istniały wówczas, mamy ulice, których dziś już nie ma i mamy postaci, które istniały naprawdę, m.in. słynną burdelmamę Ryfkę Kij oraz Pantaleona Karpińskiego, który był prawą ręką gangstera Łukasza Siemiątkowskiego, zwanego Tatą Tasiemką. W rzeczywistości Karpiński wprawdzie nie był demonem o dwóch twarzach, ale budził równie duże przerażenie wśród mieszkańców stolicy.

Twardoch pisze bardzo plastycznie, jednocześnie wodząc czytelnika za nos. Narratorem jest zestarzały już Mojżesz Bernsztajn, który na swojej zielonej maszynie do pisania spisuje wspomnienia sprzed lat. Jego współczesne życie jest powoli wplatane w fabułę i w pewnym momencie odbiorca orientuje się, że coś jest nie tak… Te subtelne elementy sieją, coraz bardziej kiełkującą niepewność.

To moje pierwsze spotkanie z autorem, które uważam za całkiem udane. Nie mogę powiedzieć, że “Król” wywarł na mnie ogromne wrażenie, ale zapewne sięgnę po pozostałe powieści Szczepana Twardocha.

* Twardoch Sz., Król, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2016, s. 129.

Moja ocena: 8/10