Przebłysk — Robert Rient

Czasem człowiek się zagubi. Po przeżytym rozstaniu, traumie lub niepowodzeniach w pracy musi uciec na koniec świata, by pobyć sam ze sobą i odnaleźć siebie. Niekiedy końcem świata bywa znajdująca się nieopodal wieś, pobliskie góry, czy samotne spacery wzdłuż rzeki, tuż obok domu, a czasem odległe kraje o odmiennej kulturze, smakach i krajobrazach. Na taką ucieczkę do innych krain, a jednocześnie podróż w głąb własnej duszy zdecydował się Robert Rient, autor m.in. fenomenalnych „Duchów Jeremiego”. 

Robert Rient na podróż życia zbierał pieniądze przez trzy lata. Pewnego dnia rzucił pracę, zrezygnował z wynajmowanego mieszkania, spakował niewielki bagaż i wyruszył na wyprawę dookoła świata. Autor swoją sentymentalną drogę rozpoczął od Syberii, miejsca, gdzie został zesłany jego dziadek. Później odwiedził Tajlandię, Malezję, Nową Zelandię, Peru oraz Wyspy Wielkanocne. Mężczyzna chciał doświadczyć samotności, ale wszędzie towarzyszyli mu ludzie, których bliskość niekiedy potrafiła być bardzo natarczywa i przytłaczająca.

„Przebłysk” to mieszanka książki podróżniczej i filozoficznej, ale przez to, że żaden z tych kierunków nie wybija się wyraźnie, a okraszony jest aż nadto osobistymi wspomnieniami, ciężko ją zakwalifikować do jakiegokolwiek gatunku. Na publikację podróżniczą za mało tu o podróżach, na trzystu stronach bowiem autor opisuje wiele krajów, ale robi to bardzo pobieżnie, bardziej skupiając się na własnych odczuciach, przygodach niż na ciekawostkach kulturowych, mieszkańcach, czy krajobrazach. Znajdziemy tu wprawdzie kilka ciekawostek o odwiedzanych miejscach, ale jest ich w książce jak na lekarstwo. Filozofii też tu niewiele i odnosi się tylko do samego autora, natomiast czytelnik mało z niej wyciągnie życiowych prawd.

Odniosłam wrażenie, że Robert Rient pisał bardziej dla siebie, w formie uzupełnienia odkrywania własnej duszy, niż dla odbiorcy. Dowiemy się o nim rzeczy bardzo intymnych, które niekoniecznie powinny trafić do szerokiej publiki, a o odwiedzonych, fascynujących miejscach prawie niczego. To tak, jak oglądać czyjś prywatny album z dzieciństwa — nie tylko ten z ładnymi zdjęciami, ale także z tymi, które powinny pozostać znane jedynie najbliższej rodzinie lub przyjaciołom. Według mnie niektóre wyznania zawarte w „Przebłysku” były aż nadto ekshibicjonistyczne.

Trzeba przyznać, że książka jest doskonale wydana. „Przebłysk” zdobi piękna, przykuwająca wzrok okładka, a treść ilustrują interesujące, kolorowe fotografie z podróży, wykonane przez autora. Wszystko to zostało wydrukowane na dobrej jakości papierze.

Po tym, jak zachwyciły mnie „Duchy Jeremiego”, spodziewałam się, iż w najnowszej książce Roberta Rienta znajdę coś więcej. Nie oznacza to jednak, że publikacja jest zła, czytałam ją z przyjemnością, ale czegoś mi jednak w niej zabrakło.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.