Tak sobie wyobrażałam śmierć – Johanna Mo

Naturalne jest, że każdy kiedyś umrze, ale gdy umiera dziecko w głowie rodzi się pytanie, gdzie jest sprawiedliwość na tym świecie? Najgorszą rzeczą, która może spotkać rodzica jest śmierć własnego dziecka. To niewyobrażalna trauma, z którą wiele osób nie potrafi się uporać przez lata. Powrót do normalnego funkcjonowania i dotychczasowego życia jest niezwykle trudny i długotrwały. To nie prawda, że czas leczy rany. Nie w tym przypadku…

Przenikliwa policjantka Helena Mobacke, rok po tragicznej śmierci syna, wraca do pracy. Kobieta nadal nie może się uporać ze stratą. Komendant nie daje jej chwili wytchnienia – od razu musi przejąć stery w nowo utworzonej grupie dochodzeniowej. Pierwsze zadanie ma być proste do rozwikłania – młody chłopak zostaje potrącony przez pociąg metra. Okazuje się jednak, że to nie był wypadek, ani samobójstwo, a morderstwo. Rozpoczynają się poszukiwania sprawcy. Żałoba, rozpacz i współczucie dla rodziców ofiary mogą przysłonić Helenie fakty. Czy w tym stanie poradzi sobie ze śledztwem?

“Natychmiast skupia na sobie wszystkie spojrzenia, jest w nich pytanie, którego nikt nie ma odwagi zadać. Naprawdę zamierzasz to zrobić? Po tym, co przeszłaś? Ale ona musi. Musi pokazać, że nadal potrafi współpracować z innymi. Jeśli będzie to odwlekała, aż poczuje się gotowa, nigdy nie będzie miała odwagi opuścić komendy. Uświadomiła to sobie, kiedy czekała, aż Simon i Herman wrócą z Sandsborga. Po prostu musi zamknąć oczy i rzucić się na głębinę. Osiemnaście lat. Prawie jeszcze dziecko. Ale to dwa razy tyle co dziewięć. Dwa razy więcej życia”*.

“Tak sobie wyobrażałam śmierć” Johanny Mo nie jest kryminałem, w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, gdzie mamy zbrodnię, inteligentnego łowcę (policjanta/ detektywa/ profilera), mordercę i finał w postaci rozwikłania zagadki. Oczywiście fabuła zawiera te elementy, jednakże na główny plan wybijają się emocje bohaterki, które są związane ze śmiercią syna. To one odgrywają pierwsze skrzypce w tej powieści. Jeśli miałabym zaszufladkować tę książkę w jednym, ściśle określonym gatunku, to zakwalifikowałabym ją bardziej jako thriller psychologiczny niż kryminał.

Sam motyw zbrodni rozwija się powoli i czytelnik nawet nie ma możliwości odkrycia, kto był sprawcą, tak jak to bywa w powieściach innych skandynawskich pisarzy, takich jak Jo Nesbo, Camilla Lackberg, czy Karin Fossum. Do samego końca o mordercy i motywie nie wiemy prawie nic. Odbiorca musi się zadowolić rzeczowymi tropami ze śledztwa, które jest powoli odsłaniane krok po kroku. Z jednej strony jest to nieco irytujące, ponieważ rodzi się chęć tropienia przestępcy razem z bohaterami, a z drugiej nadaje powieści autentyczności, bo pokazuje, jak może realnie wyglądać dochodzenie. Tu nie chodzi o geniusz jednego policjanta, jego przenikliwy umysł, samodzielne odkrywanie mroków umysłu zabójcy. Śledztwo to praca zespołowa, polegająca na badaniu tropów, i tak na przykład na obraz z kamer czeka się kilka dni, wykonanie kilkuset telefonów zajmuje wiele godzin, zdobycie listy pacjentów bez nakazu nie jest możliwe i tak dalej, i tak dalej… Czyli wszystko jest bardzo realnie przedstawione bez naginania rzeczywistości, co jest niewątpliwym plusem tej historii.

Bohaterowie i ich emocje mają dużą wyrazistość. Czytelnik może wręcz poczuć rozpacz Heleny Mobacke, czy radość z nadejścia na świat wnuka lub niepokój o relacje z partnerką w odniesieniu do innych policjantów biorących udział w śledztwie. Jedyne co mi przeszkadzało w tej powieści to narracja w czasie teraźniejszym. Wiem, że ten zabieg miał za zadanie zbliżyć czytelnika do wydarzeń, ale ja akurat takiej formy nie lubię i znacznie utrudnia mi ona czytanie. Jest to jednak kwestia gustu. Ze względu na tematykę polecam lekturę, nie tylko fanom kryminałów, ale również osobom, które lubią w powieściach wątki psychologiczne.

* Mo J., Tak sobie wyobrażałam śmierć, Helion SA, Warszawa 2017,  s. 36.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Editio Black