Traktat o łuskaniu fasoli – Wiesław Myśliwski

Każdy nosi w sobie jakąś historię. Nie ważne kim jest, gdzie się urodził i ile ma lat. Wystarczy tylko chcieć słuchać, a można dowiedzieć się wielu rzeczy o swoim rozmówcy – zarówno tych wspaniałych, szczytnych, jak i tych wstydliwych lub budzących niesmak. Gdy ziarenko trafi na uważnego słuchacza, może z tego wyrosnąć wspaniała opowieść o byciu człowiekiem.

Dwóch obcych sobie mężczyzn łuska fasolę na terenie domków letniskowych. Jeden jest stróżem, drugi letnikiem. Jeden jest mówcą, drugi słuchaczem. Jeden łuska fasolę od lat, drugi dopiero tego się uczy. Jeden opowiada całe swoje życie, bez pomijania bolesnych szczegółów, drugi milczy, dając się ponieść historii tego pierwszego.

„Przy tym nie ma pan pojęcia, ile znała snów. Łuskaliśmy fasolę, to opowiadała i opowiadała, jakby ze strąków te sny wyłuskiwała. I żyjących i umarłych sny.  Sny królów, książąt, biskupów”*.

„Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego to opowieść o życiu. Monolog starszego mężczyzny, który jako dziecko cudem przeżył wojnę, był buntownikiem w szkole wychowawczej, elektrykiem, saksofonistą, kochankiem, mężem, łobuzem, stróżem, sprzedawcą fasoli i dobrym człowiekiem.

W tej książce teraźniejszość i nieuporządkowane wydarzenia z przeszłości mieszają się ze sobą, a mimo to cała historia jest spójna. Mimo że tak długi monolog (prawie czterystustronicowy) jest trudny do opisania, autorowi doskonale udało się uchwycić klimat niezobowiązującej historii snutej przez głównego bohatera i jednocześnie narratora. Patrząc na charakter tej opowieści, na myśl przychodzi wańka wstańka, czyli laleczka, w której jest ukryta mniejsza laleczka, a w niej jeszcze mniejsza. Mężczyzna łuskający fasolę opowiadał o tym, co przeżył, ale w jego monologu pojawia się dialog z innym człowiekiem, który zaś opowiadał dialog przeprowadzony przez swojego ojca z jakimś żołnierzem. Opowieść w opowieści, a w niej jeszcze jedna opowieść. Jak laleczka w laleczce. Albo pudełko w pudełku. Zachwycająca konstrukcja fabularna!

„Czy można sobie świata bez człowieka wyobrazić? A dlaczego nie? Że świat byłby wtedy pozbawiony wyobraźni? A może nasza wyobraźnia jest naszym nieszczęściem i przez to nieszczęściem świata? Ja nie mam takiej mocy jak, być może, pan. Nie wiem, nie znam pana. Ale chociaż tu, w tym miejscu, nie może tak być. Mogłoby mnie to wszystko nie obchodzić, gdybym nie pilnował. A że podjąłem się, jakkolwiek nie musiałem, to już zupełnie inna sprawa”**.

„Traktatu o łuskaniu fasoli” nie powinno się czytać szybko, to powieść powolna, piękna, doskonale nadająca się do tego, aby się w niej rozsmakować. Powolna, ale nie nudna. Fabuła, mimo że prawie pozbawiona dialogów jest dynamiczna. Raz bohater opowiada o wojnie, by przejść do historii miłości kelnerki i budowlańca, a później opisać pragnienie posiadania kapelusza i płynnie opowiedzieć o próbach gry na saksofonie. Wydaje się to pogmatwane? A wcale tak nie jest. Narracja układa się na wzór układających się w głowie myśli. Przejścia między wątkami są płynne, mimo że często osadzone są w różnych czasach, w różnych miejscach i na innym etapie życia bohatera.

Niemal każde zdanie w tej książce nadaje się na cytat, mimo że to opowieść o losach zwykłego, starzejącego się mężczyzny, jednak w tych słowach jest wiele niepatetycznej, niewydumanej życiowej mądrości. Jest w tej powieści mistycyzm i piękno. To jest typ literatury, do której się wraca, żeby napawać się nią od nowa oraz od nowa czuć klimat i magię słów. Książka w 2007 roku zdobyła Literacką Nagrodę Nike. W pełni zasłużenie. Polecam!


* Myśliwski W., Traktat o łuskaniu fasoli, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007, s. 71.

** tamże,  s. 67.

Moja ocena: 10/10