Czytelnicze podsumowanie września – WRAP UP!

Nadszedł październik, więc czas na podsumowanie poprzedniego miesiąca! Na początku września bardzo powoli czytałam jedną lekturę, ale nie żałuję, bo z “Traktatem o łuskaniu fasoli” tak właśnie powinno się obchodzić — leniwie, refleksyjnie, bez pośpiechu. Na urlopie natomiast nadrobiłam zaległości lekkimi i przyjemnymi książkami. W sumie zmierzyłam się z siedmioma tytułami. 


Zaskoczenie miesiąca: 

Traktat o łuskaniu fasoli – Wiesław Myśliwski

„Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego to opowieść o życiu. Monolog starszego mężczyzny, który jako dziecko cudem przeżył wojnę, był buntownikiem w szkole wychowawczej, elektrykiem, saksofonistą, kochankiem, mężem, łobuzem, stróżem, sprzedawcą fasoli i dobrym człowiekiem.

W tej książce teraźniejszość i nieuporządkowane wydarzenia z przeszłości mieszają się ze sobą, a mimo to cała historia jest spójna. Mimo że tak długi monolog (prawie czterystustronicowy) jest trudny do opisania, autorowi doskonale udało się uchwycić klimat niezobowiązującej historii snutej przez głównego bohatera i jednocześnie narratora. Patrząc na charakter tej opowieści, na myśl przychodzi matrioszka, czyli laleczka, w której jest ukryta mniejsza laleczka, a w niej jeszcze mniejsza. Mężczyzna łuskający fasolę opowiadał o tym, co przeżył, ale w jego monologu pojawia się dialog z innym człowiekiem, który zaś opowiadał dialog przeprowadzony przez swojego ojca z jakimś żołnierzem. Opowieść w opowieści, a w niej jeszcze jedna opowieść. Jak laleczka w laleczce. Albo pudełko w pudełku. Zachwycająca konstrukcja fabularna!


Rozczarowanie miesiąca:

Męskość. Opowieść o uzależnieniu – Łukasz Chotkowski

„Męskość. Opowieść o uzależnieniu” jest chaotyczna i nieuporządkowana. Każde z mikroopowiadań rozpoczyna się od podania godziny, temperatury i wilgotności powietrza oraz zachowania ciała narratora, będącego jednocześnie głównym bohaterem. To jedyny stały element tego eseju. Później następuje opowieść o wycinku życia trzydziestokilkuletniego mężczyzny. Są to historie wybiórcze, wrzucone losowo, bez zachowania chronologii. Paręnaście zdań o różnych wydarzeniach, które akurat przemykają mu przez głowę, prawie do samego końca niepołączone choćby cieniutką nitką zależności.

Szczerze powiedziawszy, do połowy książki, nie wiedziałam, o co w niej chodzi. Mnogość sytuacji, zmieniających się jak w kalejdoskopie bohaterów nie pozwalała zaangażować się w poszczególne wątki i na nich skupić. Musiałam doczytać opis na stronie wydawnictwa, żeby zrozumieć rwaną, pogmatwaną i dość nielogiczną fabułę. Dopiero na końcu zapanował jako taki ład. Czytelnik nareszcie dowiaduje się, o co w tych wspomnieniach chodziło, ale dzieje się to zdecydowanie za późno.


Pozostali:

Dziewczyny z Wołynia – Anna Herbich

Dziewięć kobiet opowiadających, jak uratowały się z masakry, którą ukraińscy banderowcy zgotowali Polakom w 1943 roku na Wołyniu. Bohaterki reportażu Anny Herbich wówczas były dziećmi, ale cudem udało im się wymknąć spod szpon śmierci. Jedna skutecznie udawała martwą; inna skryła się na strychu kościoła, który Polacy ostatkiem sił obronili przed atakiem UPA; następna przeczekała pod ciałem martwej matki, kolejna skryła się w piwnicy z bratem – jego znaleźli i zabili na jej oczach, jej nie zauważyli; jeszcze inną uratował wujek; a następną Ukrainka, za co wybawicielce groziła śmierć; ta ostatnia była prawie martwa, bo tyle miała ran postrzałowych, że przez wiele miesięcy lekarze nie dawali jej szans na przeżycie… ale ocalała, żeby teraz opowiedzieć, co się wtedy wydarzyło.

W tym roku mija 75 lat od tych tragicznych wydarzeń na Wołyniu. Do lat 90.  w ogóle nie można było o tym mówić. Przez prawie pięćdziesiąt lat świadkowie rzezi wołyńskiej musieli milczeć na temat tego, co ich spotkało. Po pięćdziesięciu latach niewiele osób już to interesowało – jedynie rodziny i historyków. Nawet władze państwa nie były skłonne do godnego upamiętnienia zabitych. Historycy szacują, że w rzezi wołyńskie z rąk ukraińskich banderowców zginęło ponad sto tysięcy osób. Duża skala, o której tak mało się dotąd wspominało. Dopiero doskonały film Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń” przypomniał szerszemu gronu o tej okropnej masakrze. Niektórzy twierdzą, że był zbyt dosłowny, zbyt brutalny, ale świadkowie mówią, że nawet w części nie oddaje okrucieństwa, którego doświadczyli w rzeczywistości.

Książka „Dziewczyny z Wołynia” Anny Herbich jest doskonale napisana i wzbudza ogromne emocje. Autorka w pełni oddaje głos swoim bohaterkom, nie opatrzywszy ich wypowiedzi żadnym komentarzem, ale w świetle tego, co mają do przekazania światu, jest on zupełnie zbędny. Narracja kobiet układa się w podobny schemat, najpierw opowiadają o tym, jak było przed rzezią, o pięknym, radosnym Wołyniu, gdzie Polacy i Ukraińcy żyli w pełnej zgodzie, później o samej rzezi, a następnie o tym, co było po niej i jak obecnie układają się ich losy.


Zgadnij kto – Chris McGeorge

Chris McGeorge napisał swój kryminał w ramach pracy magisterskiej i niestety to widać. To nie jest książka zła, ale zbyt słabo doszlifowana. „Zgadnij kto” wciąga i intryguje, jednak wiele elementów pozostaje niedopracowanych. Początek jest dość rozwleczony i nudnawy, na szczęście później akcja nabiera odpowiedniego tempa. Szkoda tylko, że tak późno.

W kryminałach najbardziej lubię świadomość, że opisana historia mogłaby się wydarzyć naprawdę, a w tym przypadku fabuła jest naciągana i nierzeczywista. Szczególnie jeśli chodzi o zakończenie i wyjaśnienie całej koncepcji. Do tego dochodzi oklepany motyw zamkniętego pokoju, grupy ludzi i znajdującego się wśród nich mordercy. Wyraźnie widać, że autor inspirował się twórczością Agathy Christie, ale niestety do osiągnięcia jej poziomu jeszcze dużo mu brakuje.

Mimo wielu niedociągnięć książkę czyta się szybko, a krótkie rozdziały, zakończone w kulminacyjnych momentach pozwalają odbiorcy wejść w odpowiedni rytm. Sądzę, że Chris McGeorge ma pewien potencjał, ale przy debiucie spalił się na nazbyt zmyślnej i skomplikowanej historii.


Dzieci Gwiazd i Lustra Lodu — Katarzyna Izbicka

„Dzieci Gwiazd i Lustra Lodu” Katarzyny Izbickiej to typowe fantasy dla młodzieży. Znajdziemy tam historie miłosne, drobne niesnaski między rówieśniczkami, szkolne problemy oraz przyjaźnie, ale także smoki, elfy i inne magiczne stworzenia.

Lindsay to zarówno główna bohaterka, jak i narratorka powieści. Niestety wyraźnie widać, że Katarzyna Izbicka z pierwszoosobową narracją sobie nie radzi. Opis dziewczyny przedstawia na zasadzie: „wiedziałam, co zobaczę w lustrze” (s.13). Lindsay musiałaby być niewidoma, żeby tego nie wiedziała… Ponadto swojego ukochanego kuzyna, czy kolegę nazywa chłopakiem — Chłopak się uśmiechnął, chłopak powiedział to, czy tamto. Tak można by było go nazwać w trzecioosobowej narracji, ale nie w tym przypadku, bo brzmi to po prostu sztucznie. Autorka też nazbyt wyraźnie zaznacza myśli narratorki, nie tylko podkreślając je kursywą, ale za każdym razem dopisując słowo „pomyślałam”.


Arystokratka w ukropie — Evžen Boček

Evžen Boček jest mistrzem czeskiego humoru — bezpośredniego, dobitnego i niedyplomatycznego. „Arystokratka w ukropie” to druga część jego serii, która jest napisana na równie wysokim poziomie, co pierwsza. Z ogromną przyjemnością wróciłam do przygód szalonej ferajny, wśród której normalna wydaje się tylko Maria Kostka, narratorka.

Książka jest napisana w formie dziennika prowadzonego przez Marię. Oprócz opisu codziennych przygód znajdziemy tam też wpisy ze skarg i zażaleń (które bawiły mnie najbardziej), listy do ukochanego Maksa, czy listy zadań, które cierpliwie, aczkolwiek z nutą nieskrywanego sadyzmu przygotowuje Milanda.

Akcja rozgrywa się w zamku, Maria bowiem przy natłoku turystów i skąpstwie swojego ojca, niedającego jej pieniędzy na paliwo, nie ma jak stamtąd się wydostać. Wprawdzie rodzina wyrusza na spotkanie szlachty, ale bez narratorki i ta dowiaduje się o przebiegu podróży z filmu nakręconego przez stukniętą Deniskę.


Dziewczyna, która wybrała swój los — Kasie West

Rzadko kiedy czytam amerykańskie młodzieżówki, ale stwierdziłam, że „Dziewczyna, która wybrała swój los” idealnie nada się na lekką lekturę na okres urlopu i nie pomyliłam się. Kasie West po raz pierwszy sięgnęła po motyw z fantastyki — niezwykłe moce, zamknięte miasto, trzymane w tajemnicy przed innymi obywatelami z zewnątrz oraz możliwość przewidywania przyszłości. Autorka w swojej powieści śmiało miesza gatunki, czytelnik znajdzie tu zatem: romans, young adults, młodzieżówkę, fantasy oraz… kryminał. Z jednej strony jest to pewną zaletą, bo każdy odszuka tu coś dobrego dla siebie, ale z drugiej strony wadą, w fabule bowiem panuje spory miszmasz, a żaden z kierunków nie wybija się wystarczająco wyraźnie.

Addison jest narratorką i jednocześnie główną bohaterką. Jest to postać dobrze wykreowana, jednak to dziewczyna nieco naiwna i jeszcze niedoświadczona życiowo, przez co niektóre jej decyzje były niemądre i mogły irytować. Zdecydowanie ciekawym pomysłem okazał się trójtorowy przebieg zdarzeń. Najpierw czytelnik dowiaduje się, co dzieje się w teraźniejszości, a później wraz z Addison zagląda w przyszłość i naprzemiennie śledzi jej ścieżki wyboru. Dziewczyna nie wie, czy to, co przeżywa dzieje się naprawdę, czy jest to jedynie „sprawdzanie”, co dodaje historii smaczku. Wpleciony w wydarzenia wątek kryminalny dodatkowo napędza akcję i pozwala nieco odpocząć od nadmiaru miłosnych uniesień, ale nie odwraca uwagi od przygód z życia Addison.