Metro 2033 – Dmitry Glukhovsky

metro-2033.jpgWyobraź sobie życie bez światła słonecznego, bez wygód, w namiotach rozstawionych w zimnych tunelach. Twoim jedynym jedzeniem są świnie, szczury i grzyby bo tylko one potrafią przetrwać pod ziemią. Kiedy przejście 200 metrów jest równie niebezpieczne jak przejście przez bombardowane miasto, a na każdej stacji jest osobna granica i inne zasady. Gdy się do nich nie dostosujesz możesz umrzeć. Wyobraź sobie życie w ciągłym strachu, że zdeformowane istoty wyjdą z ciemnego zakamarka i będą chciały cię unicestwić. Takie jest właśnie „Metro 2033” Dmitry’ego Glukhovsky’ego.

Jest 2033 rok. Kilkanaście lat wcześniej świat został unicestwiony przez zagładę atomową. Uratowało się niewielu ludzi. Chroniąc się w moskiewskim metrze, założyli obozy, które pomogły im przetrwać. Ale nawet ta garstka ludzkości może zostać zgładzona, gdyż ich schron nie jest już taki bezpieczny. Zaczynają do niego schodzić Czarni – mutanty ze skażonej powierzchni.

Artem to siedemnastolatek, który już nie pamięta życia przed skażeniem, jego jedynym światem jest stacja WOGN. Został na niej wychowany przez mężczyznę, który uratował mu życie, kiedy Artem był jeszcze małym dzieckiem. Bohater nigdy nie był na odleglejszych stacjach, gdyż to wiązało się z ogromnym niebezpieczeństwem. Pewnego dnia na stacji WOGN pojawia się tajemniczy mężczyzna o imieniu Hunter. Jak się okazuje przybysz jest dawnym przyjacielem przybranego ojca chłopca. Artem otrzymuje trudną misję dotarcia do Polis i poinformowania tam odpowiednich ludzi o niebezpieczeństwie, które zagraża metru. Wrogie mutanty zaczynają się rozprzestrzeniać na rodzimej stacji bohatera i mogą zagrozić ocalałej ludzkości. Czy Artem poradzi sobie z wyzwaniem i uratuje mieszkańców metra?

Dmitry Glukhovsky napisał niesamowitą opowieść o postapokaliptycznym świecie. Opis życia w metrze autor stworzył od początku. Każdy element otocznia jest idealnie dopracowany. Dodatkowo do książki dołączony jest rozwijany plan metra, co nie tylko uatrakcyjnia lekturę, ale pozwala śledzić drogę głównego bohatera. Muszę przyznać, że to był bardzo dobry zabieg.

Mimo, że historia opowiada o dość realnym zagrożeniu nuklearnym i jego konsekwencjach, to nie jest to książka tylko o tym, „co by było gdyby…”, ale przekrój różnych filozofii i przemyśleń na temat istniejącego świata i całej ludzkości. Główny bohater Artem podczas wykonania misji musi przejść przez poszczególne stacje. Na każdej z nich spotyka kogoś o innym postrzeganiu świata: a to Buddystę wierzącego w reinkarnację, a to Świadków Jehowy, a to faszystów, a to satanistów kopiących doły w poszukiwaniu piekła, czy wyznawców „Wielkiego Czerwia”, którzy są prymitywnymi kanibalami, a nawet rewolucjonistów wzorujących się na Ernesto Che Guevara. Powieść jest niesamowita, wciąga tak, że wręcz można poczuć zimno i wilgoć tuneli metra. Ma jednak jedną (oprócz literówek) wadę – głównego bohatera. Postać Artema jest niedopracowana, jego emocje są zbyt mało uwypuklone, a on sam najzwyczajniej w świecie jest nudny i naiwny. Być może jest to spowodowane faktem, że Glukhovsky zaczął pisać tę książkę, gdy sam jeszcze był nastolatkiem, więc postać Artema wykształciła się w takiej spłyconej wersji i tak już zostało. Co ciekawe autor przyznaje, że na pomysł napisania tej powieści wpadł dojeżdżając godzinę metrem od stacji WOGN do stacji Arbacka i na niej kończą się też przygody głównego bohatera.

Moja ocena 8/10